Niecodzienna historia nasion liliowców

Niecodzienna historia nasion liliowców

W końcu roku 2009 w wyniku wzajemnych kontaktów z amerykańskim hodowcą Richard Howardem, kupiłem zestaw nasion liliowców z krzyżówek, których potomstwo w zróżnicowanej formie kolorystycznej miało ujawnić atrakcyjne, fryzowane zakończenia działek wewnętrznych. Wśród form rodzicielskich znalazły się najbardziej wyrafinowane i sprawdzone odmiany dla takich założeń efektów hodowlanych jak: Reap The Whirlwind, Mary Lena, Horny Devil, Red Friday, Eight Miles High inne. Kopertę z nasionami Richard wysłał 23 grudnia 2009 roku. Nie wiem, czy z powodu świadomości jak cenna i oczekiwana była przeze mnie ta przesyłka, czy z innych względów, w połowie stycznia 2010 roku wysłał do mnie mail z pytaniem czy nasiona dotały w dobrym stanie. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nasion nie otrzymałem, ale tłumacząc to przeciążeniem poczty w okresie świątecznym mam nadzieję, że przesyłka nadejdzie w najbliższym czasie.

Mój listonosz, który wiedział o moim oczekiwaniu na list ze Stanów Zjednoczonych, spotykając mnie przypadkowo na ulicy machał z daleka przecząco ręka, sygnalizując, że nie ma dla mnie żółtej koperty na którą oczekuję. (Amerykanie ten rozmiar kopert mają w żółtym kolorze).

nasiona1

W połowie lutego Richard odezwał się ponownie i oboje doszliśmy do wniosku, że przesyłkę należy uznać za zaginioną.

Z jednej strony żal mi było ogromnie atrakcyjnych nasion i wydanych pieniędzy a z drugiej, zaskoczony byłem mile postawą Richarda, który zaoferował zastępczy zestaw nasion, bez dodatkowych opłat, proponując jedynie pokrycie kosztów przesyłki poleconej. Tak się stało. Zgodnie z jego sugestią „zastępcze” nasiona, siłą rzeczy już nie tak atrakcyjne, otrzymałem po tygodniu od przesłania pieniędzy.

Mijały tygodnie i miesiące, przeszła wiosna… przyszło lato. W dniu 23 czerwca 2010 roku spotkał mnie na podwórku mój listonosz wymachując radośnie żółtą kopertą… jak się okazało z zagubionymi nasionami. Dokładnie co do dnia, po pół roku od chwili wysłania ze Stanów Zjednoczonych.

Natychmiast napisałem do Richarda mail żartując, że według polskiego porzekadła „nic w przyrodzie nie ginie” i przygoda z nasionami to potwierdziła. Powiedziałem mu również, że nasiona spróbuję wysiać, z nadzieją, że coś z nich wyrośnie atrakcyjnego ponad miarę, a jak tak się stanie, potraktuję to jako wspólną własność. Richard odpisał, żebym nie robił sobie nadziei, bo nasiona po półrocznym przelegiwaniu w niewiadomo jakich warunkach nadają się wyłącznie do wyrzucenia. Oczywiście go nie posłuchałem. Efekt tego nieposłuszeństwa przedstawiam na rycinie poniżej (siewki 2-miesięczne)

nasiona2

Nie wykluczone, że w najbliższym sezonie niektóre z roślin zechcą zakwitnąć.

Tą niecodzienną historię opowiadam dlatego, by podkreślić siłę biologiczną i „wolę przetrwania” życia zaklętego w małym ziarenku naszych roślin.

J.B.